top of page
  • Zdjęcie autoraAdam Czajkowski

BIEG GRANIĄ TATR - SOLO I BEZ WSPARCIA

Zaktualizowano: 23 wrz 2023

Kiedy wielkie i kultowe biegi się skończą, a dekoracje i punkty odżywcze zostaną sprzątnięte, zostają tylko góry. Autentyczna przestrzeń życia i obecności. Prawda i cisza, która towarzyszy samotnemu bieganiu, to ścieżka, która prowadzi wgłąb siebie. A odnaleźć siebie, to najpiękniejsze Ultra.

Tatry Zachodnie. Widok z Kazalnicy na Wąwóz Kraków i Kominiarski Wierch

Stutonowy pociąg pełznie po szynach,

Szyny ryczą, jak matula, która jęczy po synach,

Bo historii zegar wskazuje, że śmierci godzina

Już nastała, czy ktoś mógłby torów stęki powstrzymać?


Wszystko, jak sobie wymarzyłem. Otwarte okno pociągu, który sunie bezlitośnie przez lasy i pola, miejscowości, perony, zapierając mi dech, kiedy próbuję wyjrzeć. Zupełnie tak samo podziwem zatyka mnie życie. Pokój tak mały, że trudno się w nim obrócić. I to uczucie, że ludzie wkoło idą w innym kierunku niż ja. Nikogo nie zaczepiam i nie zaczynam rozmowy. Moją głowę zaprząta cel! Narazie wyrażam się ciszą. Boję się rozpraszać. I gdziekolwiek pójdę, czują tę samą dobrą obecność - i to mi sprzyja. iPhone nagle zamruczał: Ja jeszcze nie ogarniam rozumem tego, co Ty robisz.


Gawra - Witów 314

Idę i myślę o jednej, najwyżej dwóch sprawach. Okrutny focus każe mi się cieszyć tylko tym. Nie pozostawia miejsca na nic innego. Może to dlatego jestem tak szczęśliwy? Od kilku miesięcy moje marzenia spełniają się seriami. Od kilku tygodni moja biegowa percepcja świeci laserową wiązką w jedno miejsce. A dziś budzik wyrywa mnie z drzemki o 2:50 i każe ruszać. Ciało zmulone podróżą jeszcze nie bardzo reaguje, a jednak wie, w którym kierunku iść. Witów Siwa Polana. I przez najbliższe kilkanaście godzin będę pracował nad czymś ważnym. A jak ja się czuję? - Byłem zbyt zafascynowany, zakochany, żeby cokolwiek już zatrzymać i zmienić. Minąłem punkt bez powrotu. Dlatego wiedziałem, że muszę wszystkiego nauczyć się wcześniej, bo później byłem już tylko nieodwracalnym strumieniem.


Nocne życie, kiedy ja się bawię, to wy śpicie...

Wcinam się w dolną część Doliny Chochołowskiej, kiedy nocne niebo jest jeszcze mocno posypane wyraźnymi gwiazdami. A ja jestem mocno posypany dobrymi myślami. Doprawiony ostro wspomnieniami. Obiecałem sobie spokojnie przeżyć najwyższej jakości czas. Mijam ciche jeszcze schronisko i wspinam się na Grzesia (1683m), który wita mnie czystym wschodem słońca. Jest romantycznie. Ptaki cieszą się porankiem, a ja wykorzystuję dobrze biegowe odcinki. Rakoń (1879m) nie sprawia mi większych problemów. Jestem jeszcze w fazie przyjemnego biegowego spaceru, ultra naiwny, otwarty i idealistycznie uśmiechnięty. Wołowiec (2064m) jest również przyjemny. Zaczynam dobrze czuć te podejścia i idę w moc, jak rozgrzany parowóz. Moje mitochondria buchają entuzjazmem. Skręcam w lewo na grań główną i lecę przez Dziurawą Przełęcz. Niezwykła ścieżka, która prowadzi nogi idealnie i daje pierwszy sky-runningowy smak! Naprawdę syty odcinek. Tnę tą ścieżką w mocy i słońcu, a wokół przestrzeń wypełnia się coraz bardziej słonecznymi Tatrami. Dzień już wstał na dobre. Ja jestem na Grani. Serce wypełnione czystą miłością, która nic od nikogo nie chce. Według mnie, wszystko jest na swoim miejscu.


Chwilę później przed moje oczy podjeżdża Jarząbczy Wierch (2137m) i wydaje się całkiem spory, jak na obecną sytuację. Jego zachodnia ściana o tej porze dnia trzyma nocne zimno, które próbuje teraz ukraść mój serdeczny żar. Za chwile niewiele zostanie ze słonecznego mnie. Tyle razy tu byłem z tętniącymi rozmową i śmiechem grupami. A dziś zostałem z tym sam i nie miałem za bardzo innego wyjścia, jak wziąć się w milczeniu za robotę. Zimno i skala tego podejścia była dla mnie zaskoczeniem, mimo dobrze zarządzonych oczekiwań. Może właśnie tam pojawiło się pierwsze mikropęknięcie mojego kewlarowego zazwyczaj beretu? Po Jarząbczym wjechał mi mega głód, więc zjadłem pół bułki z serem. Miałem przy sobie sześć takich połówek - dwie przyniosłem z powrotem do Gawry, trzy zjadłem, a jedną zgubiłem.


Przeskoczyłem Kończysty - znów fajny kawałek biegania - i wziąłem się sumiennie za Starorobociański Wierch (2176m), który zaliczyłem sam na sam z kozicą i słynnymi widokami. Zbieg na Siwy Zwornik, był mega oddechem. Cieszyłem się, że zmienię taśmę i nareszcie sobie pozbiegam. Skręciłem w grań boczną w kierunku Ornaku (1854m) i czekałem cierpliwie, aż trasa zacznie spływać w dół do Przełęczy Iwaniackiej (1459m). Byłem mega ciekaw tego zbiegu. Ale zbieg nie był kompletnie ciekaw mnie. Akrobatyczny teren ze slalomem między ciągnącymi już do góry turystami, poprzez wąską ścieżkę w kosówce, po schodach, które budzą filozoficzną refleksję, jakby to było, gdyby była tu zwykła ścieżka. Świeżo po wpierdzielu od Jarząbka i Starego i z wizją spotkania za chwilę Ciemniaka - schodziłem tamtędy słysząc w głowie rozmowy ludzi, którzy te schody układali. Nagle poczułem, że zaczynam się jakoś rozsypywać w rumosz, który przed chwilą mijałem na Ornaku.


Zbieg do Schroniska ciągnął się jak udon. Coraz więcej ludzi, oglądających się, za czym biegnę lub przed kim uciekam. Ja styrany, zasmarkany, z wielką łzą cieknącą mi po policzku, bo limit - gdybym go miał - właśnie by odpłynął. I starsza pani mówiąca, ale pan ma kondycję - zupełnie, jakby nie widać było, że moja świeczka nie pali się, tylko tli. Kiedy w końcu zobaczyłem schronisko, nie przestawałem biec. Wbiegłem do środka i ustawiłem się w kolejce, bo kolejki na tym biegu były moim ogromnym przeciwnikiem. Pomidorowa, cola, izo, woda. Wciągam zupę, piję colę, wlewam płyny do softów. Ocieram łzy szczęścia ukradkiem, żeby nikt nie widział. Robię swoje. Szybkie przebranie, opłukanie twarzowego z soli i jakiś nowy - całkiem nowy - ruszam w Dolinę Tomanową. Histeria mi przeszła i mrok wyrzuciłem. Nie wiem czego tam dodają do zupy.


Wejście do Doliny Tomanowej

A w Dolinie słynny spokój. Lecę sobie na lekkości i dopiero kiedy zielony szlak zawija w lewo i zaczyna wspinać się na Tomanowy Grzbiet i Kazalnicę, wyciągam kije i zaczynam solidnie wiosłować. W mojej lokomotywie wszystko w porządku, palenisko bucha, moc podaje. Mental mój zasilany widokami dostaje potężne doładowanie. Na trawersie Ciemniaka, z którego w kierunku zachodnim obie Doliny Kościeliska i Chochołowska wraz z otoczeniem, widoczne są, jak na przyjaznej dłoni. I jeszcze ta czerwona ziemia i lawinki, co to zbocze czynią różnorodnym i żywym. A ja też żywy, po tym dobrym nastroju, jak po solidnej poręczówce do góry na Chudą Przełączkę i w prawo na Ciemniak pociskam. Zero zasięgu przez ostatnią godzinę, odcięty od bliskich tyram tego Ciemniaka (2176m), powtarzając sobie zdanie wszystkich osób, które mi o tej trasie opowiadały: wypłaszczenie za Ciemniakiem... Idzie mi tak dobrze, myślę, a tam pognam i do samego Murowańca biegowo, tak myśląc zlany siódmym potem, w swojej czerwonej koszulce pojawiam się na szczycie pierwszego z Czerwonych Wierchów.


Biegowo przez Krzesanicę (2122m), Małołączniak (2096m) i Kopę Kondracką (2005m). Może gdybym był świeży, to bym sobie tam konkretnie pobiegał, ale nie byłem. W dalszym ciągu były to spore hopki. Ten moment biegu mentalnie był dla mnie granicą, od której przestałem przeżywać emocjonalne wzloty i upadki. Poczułem ulgę. Przyszedł jeszcze niejeden kryzys, ale ja byłem już z kamienia. Stałem się granitowy mniej więcej w momencie przekraczania granicy Tatr Zachodnich i Wysokich. Na Czubach skupiony na robocie. Tego sobie nie mogę zarzucić, braku skupienia, na swojej jednej, góra dwóch sprawach. Leciałem widząc każdą przeszkodę, wyliczając sobie kiedy połknąć kolejnego turystę. I nagle TRACH, poleciała mi noga i staw skokowy zabolał. Nieraz się tak przywali, więc luz - pomyślałem i poleciałem dalej. Trawersem pozdrowiłem Kasprowy i zbieg do Kotła Gąsienicowego, który kolejny raz okazał się kotłem z pomidorową. W Murowańcu trochę zamuliłem. W biegach solo self-supported to jest wymagające, że samemu musisz wszystko ogarniać i praktycznie nie ma odpoczynku. Jeśli czegoś nie zrobisz, to po prostu tego nie masz. A wszystko razem - stanie w kolejce po posiłek, przelewanie płynów, zmiana skarpetek, ładowanie zegarka, wyrzucenie śmieci, zabiera ci czas na odpoczynek. Czy ja narzekam? Nie! Jestem już w Dolinie Pańszczycy.


Ziemniaczki były hitem tego biegu :)

Dosyć zamulania, lecimy na Krzyżne. Ile się da wycisnąłem z tego biegowo. Moje nogi obracały kulę ziemską, kiedy biegłem. A ja byłem już tak granitowy, że kozice przestały na mnie zwracać uwagę. W końcu przekułem się przez grań do nowego świata. Świata ciemności. Zachodzące słońce zostawiłem za sobą nad Gąsienicą i poleciałem w dół do Piątki. Sporo półek, ścianek, które pokonywałem sprawnie, dzięki wieloletniemu doświadczeniu wspinaczkowemu. Na tym etapie odezwał się naciągnięty wcześniej staw skokowy. Kłujący ból wiercił mi dziurę w biegowej głowie, zajętej robotą i czerpaniem z niej satysfakcji. Szarpał mnie psychicznie, jak zły kolega w klasie, który zawsze zrobi na złość. Osłabiał i dźgał nieprzyjemnie. Telefonował przez rdzeń kręgowy do mózgu z wyzwiskami i pogróżkami. Został ze mną już do końca. Zepsuł radość z ostatniego odcinka, na którym można było odetchnąć i cisnąć w gaz. Dlatego tak ważna jest stabilizacja w treningu!


Zbiegłem z tym bólem za rączkę do Wodogrzmotów. Żywego ducha. Wbijam się na Rówień Waksmundzką i nagle, jakby ten powiew z okna w pociągu uderza w mnie ryk. Pierwsza myśl - niedźwiedź. Druga rykowisko. Ale na rykowisko, które wydaje mi się basem bardziej ciągnie, to coś ryczy, jak dziki stwór, w takie wysokie tony bardziej. - Panie, to niedźwiedź był na pewno, bo teraz już schodzą więcej - mówi mi pan w taksówce, którą wracam. - Trzeba plecaczek zostawić, taki ładny pan ma i odejść. I on się tym plecaczkiem zainteresuje. Zostawić plecak i odejść - tak to, robiłem w życiu wiele razy.


Dopiero po powrocie koleżanka mi przesłała odgłosy rykowiska i to było to. Ja już mijam Polanę Kopaniec i Dolinę Olczyską i nie mogę wyjść z podziwu dla tej drogi z kamieni ułożonych na sztorc. Hoki tam prawie pogubiłem, a byłem jak koń zmęczony z wozem pełnym wzruszeń i podkowy ledwo mi się kopyt trzymały.


Mijam Nosalową Przełęcz i sam, jak posąg - obcy posąg postaci, której nikt nie zna - na nocnym placu staję w Kuźnicach. I kiedy tylko naciskam guzik w zegarku, że to już koniec, dzieje się to, co zawsze. Rozpada się granitowa skorupa, robi mi się zimno, smutno i zdaję sobie sprawę, że coś ważnego się skończyło. - Już nic! - Mówię do siebie i odchodzę stamtąd. Skołowany penetruję Kuźnice poszukując drogi wyjścia z tej klatki, bo remont jest totalny i wszystko ogrodzone.


Zbiegam do Zakopanego pusty, jak dzban. Dopiero rano, zaraz po tym, jak otwieram oczy zalewa mnie bez ostrzeżenia potok radości! Że aż muszę trzymać się poręczy, żeby mnie nie zmyło. Co za uczucie! Bus, autobus, czy pociąg - zmieniają się pode mną fotele, a ja trwam w osłupieniu. Zbieram w ciszy swoje łzy i tajemnice, bo wiem: wszystko co mam, do czego doszedłem i co mogłem kiedykolwiek dać, zawdzięczam wrażliwości chłopaka z gór, którego starszy brat zabrał kiedyś na szlak, a ten utonął w śniegu. I do dziś nie umiem, nie chcę się z tego odkopać.


I jesteś tam również Ty! Dziękuję, że mnie wzmacniasz.


Bieg Granią Tatr #bieggraniatatr

72 km / 5000 m przewyższenia




 

199 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page